poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział 6 2/2

   -Mamo! Wróciłam! - mój głos rozniósł się echem na cały dom. Nie otrzymując odpowiedzi, zmartwiona zdjęłam buty, płaszcz i ruszyłam przed siebie do salonu. Dzisiaj poniedziałek, co znaczy, że mama ma wolne i powinna być w domu. Kiedy zbliżyłam się do pokoju, mogłam usłyszeć coraz głośniejszy szloch. Szybko otworzyłam drzwi i ujrzałam mamę z zapłakanymi oczami leżącą na kanapie, a po całym pomieszczeniu porozwalane były rzeczy takie jak wazony, szklanki czy porcelana. Koło sofy walały się też zużyte chusteczki higieniczne. Natychmiast podbiegłam do rodzicielki, a w mojej głowie roiło się od powodów, dla których TO się stało.
- Jezu Chryste! Mamo, co się stało?! Ktoś Cię napadł, okradł? Co się tu stało?! - zadawałam pytanie za pytaniem, a jej wyraz twarzy wciąż się nie zmieniał. Był tak samo zamyślony jak przed chwilę, gdy weszłam. - Mamo, odpowiedz!
Poczekał jeszcze chwilę. W końcu postanowiłam załatwić to na spokojnie i usiadłam na skraju kremowego siedzenia. Zaczęłam głaskać mamę po włosach i przyglądałam się jej.
- Mamo...proszę Cię. Powiedz co się stało. - zmieniłam ton głosu na łagodniejszy niż wcześniej. Jednak tak też nie otrzymałam odpowiedzi. - Posłuchaj. Jeśli ktoś tu był by nas okraść i coś Ci zrobił, to pójdziemy na policję i zgłosimy to. Odzyskamy skradzione rzeczy, obiecuję. Mamy jeszcze trochę pieniędzy na prawnika. - kontynuowałam.
- Właśnie o to chodzi, że nie mamy. - moja opiekunka w końcu się odezwała.  Jak to nie mamy? - Nikt nas nie okradł. Wczoraj wezwali mnie do pracy, bo duża część pieniędzy z sejfu zniknęła i podejrzewają mnie o to, ponieważ wszyscy wiedzą, że mamy problemy finansowe. Myślą, że ukradłam te pieniądze, rozumiesz?! - Kobieta wybuchła płaczem chyba po raz setny z tego co mi się wydaje po jej wyjaśnieniu. Jestem okropnie oburzona. Przecież nie można od tak sobie zwalać winy na ludzi! Ugh! - Straciłam pracę, straciłam pieniądze, straciłam wszystko.
- Hola! Nie mają wystarczających dowodów na Ciebie! Muszą wszcząć jakieś śledztwo! - zaczęłam krzyczeć jak opętana. Najchętniej wykopałabym tego całego szefuńcia, który ma takie mądre stwierdzenie o sytuacji mojej mamy. Przecież kłopoty finansowe to nie dowód!
- Właśnie, że mają! M A J Ą! Wszędzie są moje odciski palców! - przybrałam pozycję siedzącą i dławiła się łzami. Opadłam bezsilna i totalnie zbita z tropu na koło niej.]
- A-ale jak? Przecież ty tego nie zrobiłaś? Prawda? - zapytałam z nutką niepokoju.
- Oczywiście, że nie! Sama nie mam pojęcia skąd one się tam wzięły! Nigdy w życiu tam nie bywałam!
- W takim razie, jak one się tam znalazły?! - wyrzuciłam ręce w górę.
- Nie mam pojęcia.

                                                                           ***
   Po dalszej rozmowie z mamą, trwającej prawie pół godziny, poszłam się przebrać do swojego pokoju. Wybrałam czarno-białe legginsy we wzorki i golf, dlatego, że na dworze jest coraz chłodniej z powodu kończącego się września i zaczynało boleć mnie gardło, a nie mam zamiaru znów być chora. Dobrałam do tego jeszcze mój ulubiony sweterek oraz botki. Mam już serdecznie dość obcasów. Włosy pozostawiłam spięte w wysoką kitkę. Zanim się obejrzałam, była już 12:15. Postanowiłam pojechać wcześniej i na spokojnie przywitać Charlie i jej babcię. Dziwne. Tej małej nie było tylko 2 dni, a ja czuję jakby nie było jej z tydzień. Strasznie zżyłam się z tą osóbką.
Pożegnałam się z dalej załamaną matką, wcześniej pytając czy na pewno mogę iść, chociaż nie miałam wyjścia Teraz to ja muszę nas utrzymać dopóki ta sprawa się nie wyjaśni. Chciałam się przejść, więc nie brałam samochodu, który oczywiście nie był mój tylko ojca. Zostawił mi go jako "przeprosiny". Pff.
   Całą drogę myślałam tylko nad jedną sprawą. Skąd na sejfie wzięły się odciski palców mojej mamy? Ktoś ją wrabia? A może faktycznie była tam, ale nie chce mi powiedzieć? Nie, nie, nie, nie! Wyrzuć to z głowy Jenn! Bonnie Grace Rooney nigdy nie ukradła by niczego. NICZEGO!

                                                                          ***
   Zadzwoniłam domofonem, który prawie natychmiastowo oddał mi dostęp do furtki. Kolejny raz przechodziłam pomiędzy lekko więdnącymi roślinami. Z dnia na dzień ich stan się pogarsza. Szkoda, bo wyglądają naprawdę pięknie. Drzwi były otwarte, dlatego nie musiałam pukać. Wolno weszłam do przedpokoju A.K.A holu.
- Witam - prawie od razu mogłam ujrzeć promieniującego radością Louisa. Nie powiem, widok jego uśmiechniętej twarzy jest zaraźliwy.
- Hej...-  Jednak teraz nie zbyt mi do śmiechu. Po tym, jak jego mina zrzedła na moją reakcję, zaczęła się seria pytań.
- Jenna? Coś się stało? - wyczułam troskę w jego głosie. Chwycił mój bark i leciutko po nim przejechał dłonią.
- N-nie. Ja...nie. - pokręciłam głową i wymusiłam uśmiech.
Po ściągnięciu butów wyminęłam go poszłam przygotować łóżeczko i wszystkie potrzebne inne rzeczy dla Charlie, która pewnie będzie zmęczona po podróży. Nie minęło 5 minut, kiedy usłyszał radosny krzyk dziewczynki i rozmowę Pani Tomlinson z jej synem. Stwierdziłam, iż nie będę niekulturalna i zejdę się przywitać.
Schodząc po schodach zauważyłam, że przerwała swoją opowieść jak to bardzo jej wnuczka uwielbia czekoladę, gdy mnie zobaczyła. Wydawało mi się, że patrzy na mnie z...niesmakiem? Coś mam na twarzy? Makijaż mi się rozmazał?
- Um...Dzień Dobry. Może mnie pani pamięta. Jestem Jenna Rooney, opiekunka Charlie. - wystawiłam przyjaźnie rękę do przodu. To co mnie zdziwiło to to, że kobieta przyjęła gest i potrząsnęła moją dłonią, lekko unosząc przy tym kąciki ust.
- Benita Tomlinson. Miło mi Cię poznać Jenno. - po naszym krótkim przywitaniu, z kuchni wybiegła Charlie ze słoikiem Nutelli w rączkach. Awww.
- Ciociaa! - upuściła szklany pojemnik, który na całe szczęście się nie strzaskał.
- Cześć kochanie! - przykucnęłam, aby przytulić się do dziewczynki. Ta chwyciła mnie za uszy (co mnie bawiło jak i troszkę bolało haha) i cmoknęła w policzek na co się uśmiechnęłam. Tym razem szczerze. Ona jest taka słodka. Miała na sobie różowy sweterek, opaskę na uszy, różowe, grube getry i świetne, dziecięce trampki.
W jedną dłoń chwyciłam jej, a w drugą słoik z czekoladowym ulubieńcem małej i podeszłam z powrotem do Pani Benity i Louisa.
   Po trwającej jeszcze zaledwie 10 minut gadce szmatce i pożegnaniu babci z Charlie, zostaliśmy znów we trójkę.
- Ja muszę powoli lecieć. Wrócę dzisiaj wcześniej i powiesz mi co się stało bo nie wypuszczę Cię stąd. Czy to jasne panno Rooney? - zakręcił zabawnie głową i popatrzał się na mnie spod lekkiego byka.
- Tak, panie Tomlinson. - nie mogłam powstrzymać śmiechu.
- I tak ma być. - ucałował swoją córkę, a później mnie w policzek.
To było dobre
Tak, wiem.
Nie! Znaczy Nie!
- No mała, to zostałyśmy same.
__________________________________________________________
Siemandero xD
No to tak, PRZEPRASZAM (ZNOWU XD) że rozdział nie pojawił się wcześniej, ale gdyż ponieważ 
szkoła mnie wykańcza i w ogóle jak tylko wracam to idę spać, wstaję i tak w kółko ugh. 
Aaaa więc :D Jak WY myślicie? Mama Jenn została wrobiona? A może faktycznie dokonała kradzieży? Shippujecie Lou i Jennę? :D Piszcie w komentarzach! Czekam! ILY xx.
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ
                                                       

3 komentarze:

  1. Jak nie shppuje jak shippuje.
    Razem, Charlie uwielbiamy nuttle <3
    Nie powiem, zdiwiło mnie to że skoro mama Jenny nigdy tak nie była. A skąd one się wzieły ??
    Za ciekawiłaś mnie ;*
    P.s. Dzięki za pomoc z chemią ;*
    Kira xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny! Superowy, ciekawe czy ktoś ją wrobił. Czekam na nexta Dominika :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział ! Czekam na nexta :)

    OdpowiedzUsuń