czwartek, 31 lipca 2014

Rozdział 4.

- Oszalałaś!? - krzyknęłam szeptem na Ally, która przyniosła mi do przymierzenia krótką jak dla mnie sukienkę. Do tego gdybym ją kupiła, nie zostałoby mi na inne zakupy. Po namowach mojej przyjaciółki, wreszcie udałam się do małego pomieszczenia, zasuwając je zasłoną.
- Powiedz jak będziesz ubrana. - ostatni raz szepnęła i z powrotem zasunęła rzecz.
Westchnęłam i rozpoczęłam przymierzanie. Po nałożeniu na siebie kiecki, przyglądałam się sobie w lustrze. Sięgała mi jedynie do połowy ud, odsłaniając moje nogi.
- I jak? - usłyszałam za sobą głos All. - O matko. Jak on wytrzyma na tej kolacji bez ciągłego patrzenia się na Ciebie to jestem Luke z 5SOS.
Zaśmiałam się cicho i ponownie odwróciłam do lustra. Przemyślałam tą sprawę i postanowiłam kupić to cudeńko. Raz kozie śmierć.
- Biorę ją. - oznajmiłam.
- Yay! - zapiszczała ledwo słyszalnie Grane i pozwoliła mi się przebrać.
Bo zapłaceniu za sukienkę i zostaniu bez grosza, ruszyłyśmy do mojego domu.
- Wiesz co jest najgorze? - zapytałam w drodze.
- Nie masz butów. - Czy ona czyta mi w moich cholernych myślach?
- Um...
- To dlatego mnie masz, skarbie. - zarzuciła włosami i wyciągnęła ze swojej torby z zakupami parę czarnych czółenek. Ze zdziwienia i zachwytu w jednym, otworzyłam szeroko usta i spojrzałam na dziewczynę, która dumnie się uśmiechała.
- Jesteś najlepsza! - krzyknęłam i rzuciłam się jej na szyję.
- Oh, przecież wiem. - zachichotała i po naszych miśku poszłyśmy dalej.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce, otworzyłam drzwi i weszłyśmy do środka. Ściągnęłam buty, a moja towarzyszka mi zawtórowała. Poszłyśmy prosto do mojego pokoju, pierw witając się z moją mamą, jak zwykle szykująca obiad. Rozłożyłam mój outfit na dziś wieczór na łóżku, a Ally pomogła mi wybrać dodatki do stroju. Zostałyśmy  zawołane na dół, aby zjeść posiłek.
- Gdzie tak właściwie dzisiaj wychodzicie? - zadała pytania rodzicielka.
- Uh...wychodzę z Louisem na kolację. Ale po przyjacielsku, nie panikuj. - ostrzegłam unosząc wskazujący palec.
- Dobra, dobra. Tylko pytam. A co z Ally? - spojrzała na dziewczynę.
- Ja nie mam z tym nic wspólnego. - uniosła ręce w geście kapitulacji, co trochę mnie rozbawiło.
Po skończonym jedzeniu, Ally wróciła do domu, co było ciężkie, bo chciała pomóc mi się przygotować, ale stwierdziłam, że chcę zrobić to sama. Mama dostała telefon z pracy i musiała tam pojechać, co trochę mnie zmartwiło. O takiej porze do pracy? Postanowiłam nie zaprzątać sobie tym głowy, więc zaczęłam przygotowania. Zostało mi czterdzieści pięć minut do przyjazdu Louisa. Wzięłam szybki prysznic, po czym wysuszyłam i wyprostowałam włosy, robiąc z nich warkocza. Ubrałam na siebie sukienkę, wciąż uważając, iż jest za krótka i nałożyłam na nogi czółenka. Dodałam biżuterię i perfumy. Zrobiłam lekki makijaż. Byłam gotowa do wyjścia. Wybiła godzina dziewiętnasta, więc chwyciłam w dłonie czarną kopertówkę i zeszłam na dół. Usłyszałam dzwonek do drzwi i ostatni raz przejrzałam się w lustrze, poprawiając przy tym warkocza i założyłam go na lewe ramię. Otworzyłam drzwi, a moim oczom ukazał się Tomlinson. Stał opart o framugę drzwi. Miał na sobie czarny garnitur, który doskonale do niego pasował. Jego włosy były zaczesane na prawy bok, a na twarzy widniał lekki zarost. Podniósł głowę, dzięki czemu mogłam ujrzeć jego hipnotyzujące tęczówki.
- Hej. - odezwał się pierwszy, lustrując moje ciało z dołu do góry.
- H-hej. - kolejny raz się przy nim zająknęłam. Ughh..
- Wyglądasz...whoa. - otworzył szerzej oczy i uśmiechnął się do mnie.
- Wzajemnie. - zaśmiałam się. - Idziemy? - zapytałam.
- T-tak. - Ha! 1:1
Louis otwarł mi drzwi do jego samochodu, a następnie okrążył go i wsiadł po stronie kierowcy.
Jechaliśmy już dłuższy czas w ciszy, mijając przeróżne domki, budowle i sklepy.
W końcu chłopak zatrzymał się na parkingu, na przeciw "Definiction" i zgasił silnik. Wysiadł z auta i znów otworzył mi drzwi, tym razem, abym wysiadła. Podał mi rękę, lecz nie skorzystałam, bo poradziłam sobie sama. Po zamknięciu swojego BMW, ruszyliśmy w stronę bramki.
- Tomlinson. - wypowiedział swoje nazwisko do faceta pilnującego wejścia, a ten sprawdził coś na kartkach i wpuściłam nas do środka. Przysięgam na Boga, że nigdy nawet nie spojrzałam na tę restaurację, a teraz wchodzę do jej wnętrza. Na środku sali stoi nieduża scena,  na której spokojne piosenki gra jakiś zespół.
Louis wskazał mi stolik pod oknem i już po chwili siedzieliśmy na krzesłach.
- Cieszę się, że się zgodziłaś. - oznajmił przerywając ciszę między nami.
- Też się cieszę. - uśmiechnęłam się najlepiej jak tylko potrafiłam.
- Może opowiesz coś o sobie? Nigdy nic nie mówiłaś.
- Oh...tak. To co chcesz wiedzieć?
- Dlaczego zdecydowałaś się na pracę u mnie? Co Cię do tego skierowało? - powiedzieć mu?
-Um - Uh - bo...- moje jąkanie przerwał kelner pytający o zamówienie. Wzięliśmy do rąk menu. Chciałam wybrać coś niedrogiego, ale Louis wyprzedził mnie, zamawiając dla nas po homarze i białe wino.
- Coś nie tak? - spytał, gdy wróciliśmy do rozmowy.
- Nie. Znaczy tak. Nie - pokręciłam głową. - Mój tata, on...zdradzał mamę przez dłuższy czas i...po rozwodzie zostałyśmy same. Mama ma bardzo niskie stanowisko. Nie utrzymałaby nas i dlatego musiałam podjąć dobrze płatną pracę. Inaczej...no wiesz. I tak znalazłam się u Ciebie. - wymusiłam uśmiech.
- Ow...przepraszam, nie wiedziałem, że to tak skomplikowane. - spuścił głowę.
- Nie, nie! W porządku. Po prostu dalej nie umiem uwierzyć, że mój ojciec okazał się być takim dupkiem.
Kelner wrócił z naszym zamówieniem i kontynuowaliśmy rozmowę.
- A co...co z Twoją żoną? Jak zachorowała? - może nie powinnam była pytać o to, ale ciekawość nie dawała mi za wygraną. Zobaczyłam tylko jak się spina. Do tej pory powiedział mi jedynie parę szeczgółów o niej i już wtedy było mu ciężko.



________________________________________
Heeeeej! <3
Dziękuję za miłe komentarze! Jesteście wielcy! <3
Jak mówiłam w poście, nie będzie mnie do 9 sierpnia :(
Więc dodaje rozdział teeeraz ;)
Liczę na kolejne Wasze komentarze! ILY <3
PS dodałam gify

środa, 30 lipca 2014

Informacja - Przeczytaj!

A więc moi drodzy :)
Mam do Was dwie sprawy.
Pierwsza: Wyjeżdżam w piątek na wieś, koło Lublina do moich dziadków i przez tydzień z kawałkiem, nie będę mogła dodawać rozdziałów :(
Druga: Przed wyjazdem (czyli jutro) pojawi się nowy rozdział ;D W okolicach godziny 17.
Do czwartego rozdziału!
Wiktoria xx.

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 3.

Zanim się obejrzałam minął mi pierwszy miesiąc pracy w domu Louisa. Nie powiem, pracowało mi się świetnie, tym bardziej, że pokochałam ta mała, uroczą dziewczynkę jaką jest Charlie. Myślę, że ona chyba też mnie polubiła, ponieważ z opowiadań jej ojca, bez przerwy się o mnie pyta. Co do Louisa, zaprzyjaźniłam się z nim. Dowiedziałam się z naszych rozmów między przerwami w mojej pracy, jak i przed jego wyjściem trochę o jego zmarłem żonie. Miała na imię Eleanor i była - jak udało mi się zobaczyć na zdjęciach - śliczną, młodą dziewczyną. Wiele ładniejszą ode mnie. Jednak przyczyny jej śmierci nie znam. Pokazał mi swoją willę w miejscach, w których jeszcze nie byłam, a było ich dość sporo. Znajdowały się w niej między innymi: dwie sypialnie, pokój gościnny, trzy łazienki, oraz pokój zabaw dla Charlie.
Dostałam również pierwszą wypłatę. Kiedy zobaczyłam ile pieniędzy było w kopercie, o mało co nie straciłam przytomności, gdyż zarobiłam więcej, niż moja matka przez dwa miesiące.
Jednym słowem - wspaniale.
Ale wydarzyły się też rzeczy bardziej przykre, które były lekkim rozczarowaniem, jak na przykład rozwód moich rodziców czy nagła śmierć siostry mamy. to drugie szczególnie przeżyłam, bo nie spodziewałam się, że tak młoda kobieta może dostać ataku serca i umrzeć. Oczywiście Louis pocieszał mnie i mówił, że przeżył podobną sytuację i nie mogę się zbyt długo użalać bo skończę na podejrzeniu depresji, tak jak on.

Dziś Tomlinson ma wolne, lecz prosił , aby przyszła, bo Charlie podobno nie przestaje płakać i pytać o mnie. Pośpiesznie ubrałam na siebie ze względu na jesienną pogodę czarny golf, czarne rurki, rozpuszczając włosy, a przy wyjściu zarzuciłam na siebie czerwony płaszczyk i ubrałam czerwone botki. Wyszłam z domu i szybko znalazłam się na posesji Tomlinsonów, ponieważ furtka była otwarta i natychmiast zapukałam do drzwi. Nie otworzył mi tak jak się tego spodziewałam Louis, ale starsza kobieta z krótkimi, ciemnoczerwonymi włosami i okularami na nosie. Miała szczupłą sylwetkę, a ubrana była w kwiecistą sukienkę sięgającą za kolana.
- Kim pani jest? - zapytała zdziwiona  staruszka i poprawiła okulary.
- Um...ja...jestem opiekunką Charlie... - zająknęłam się.
- Mamo, idź do salonu! Proszę! - przybiegł nagle rozgoryczony Louis i stanął u progu, gdy jego - jak się już dowiedziałam - jego matka. - Przepraszam Jenn, wejdź proszę. - Wskazał mi, abym weszła do środka, a ja wykonałam krok do przodu co sprawiło, że znalazłam się w holu.
- Uh...Louis? Wyjaśnisz mi o co chodzi? - zatrzymałam go, gdy chciał wejść do salonu, ciągnąc lekko za ramię. - Powiedziałeś, że mam przyjść.
- Przepraszam...nie wiedziałem, że ONA się pojawi. - przyciszył głos i powiedział spoglądając na mnie w dół, bo oczywiście jestem od niego cholernie niższa. Ugh. - Charlie cały czas płakała. Mówiła, że tęski za ciocią. A sprawa pogorszyła się kiedy przyjechała moja matka. Powiedziała, że zabiera Charlie na weekend do siebie. Nagle zachciało jej się mi pomóc. Nie wiem czy Charlie wytrzyma bez ciebie.
Odetchnął, a ja rozszerzyłam oczy. Będzie tęsknić? Za mną?
- W takim razie...pożegnam się z nią, pogadam trochę i wszystko będzie okej. - znów moja dłoń dotknęła jego ramienia. Popatrzałam mu w oczy i uśmiechnęła się delikatnie, co odwzajemnił.
Ruszyłam przez salon do pokoju dziewczynki i zobaczyłam ją siedzącą smutno na łóżeczku, przytulającą się do białego, dużego misia i różową żyrafę. Podeszłam do niej, a ona spojrzała na górę i gdy zobaczyła, że to ja, rzuciła swoimi przytulankami i rzuciła się na mnie ze smutkiem w oczkach. Wzięłam ją na ręce i myślałam, że pęknie mi serce kiedy zaczęła cicho szlochać. Nigdy nie widziałam takiej Charlie. Ewidentnie coś musiało się stać. Usiadłam na łóżku z dziewczynką na kolanach, a ona dalej tuliła się do mojej szyi.
- Co się stało kochanie? - zapytałam cichutko, gładząc jej policzek.
- No bo nie było cię wcoraj i ja tęskniłam i tatuś powiedział ze jutro do ciebie zadzwoni i ty psyjdzies się ze mną pobawić ale mi było smutno bo ja chciałam wcoraj i płakałam...i dzisiaj psyjechała babcia i powiedziała ze zabieze mnie na sobote i niedzielę do domu ale ja nie chce bo ja chce zostać z tatusiem i tobą - mówiła szybko i pociągała noskiem między niektórymi wyrazami. Co mogłam zrobić?
- Skarbie...babcia też bardzo Cię kocha. Tak jak tatuś. Pojedziesz do niej na dwa dni i zanim się obejrzysz znowu będziemy się bawić domkiem dla lalek. - uśmiechnęłam się. - A jeśli nie pojedziesz to zrobisz babci przykrość, a tego chyba nie chcesz, prawda? - zapytałam poważnie. Dziewczynka pokręciła główką.
- No właśnie. To jak? Będziesz grzeczna i pojedziesz z babcią? - zadałam pytanie łaskocząc ją lekko na co się zaśmiała i pokiwała na tak. - W takim razie możesz zabrać ze sobą pana misia, albo pana żyrafę. Jednego zostaw mi, bo gdy będę tęsknić to się do niego przytulę, a gdy ty będziesz tęsknić to zrobisz to samo, dobrze?
- Dobze! - podskoczyłam na moich kolanach i podała i białego misia.
- To chodź, teraz zejdziemy na dół. - pokierowałam i chwyciłam Charlie za rączkę. Zeszłyśmy ostrożnie ze schodów, na dole spotykając zdziwione spojrzenia Louisa i jego mamy.
- Umówiłyśmy się, że kiedy Charlie albo ja będziemy tęsknić, to przytulimy nasze misie i wszystko będzie dobrze, prawda słonko? - zwróciłam się do małej.
- Tak! - krzyknęła radośnie.
- Niesamowite... - mruknęła kobieta pod nosem. - Nie ważne. No więc Charlie, skarbie. Chodź już do samochodu. - podała jej rękę, a ja chwyciłam rękę misia i pomachałam nią do dziewczynki, a ta odmachała swoją ręką. Po pożegnaniu Louisa z mamą i córką, zamknął drzwi i wrócił do mnie, do salonu.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję. Nie wiem co bym bez Ciebie zrobił. - podszedł i przytulił mnie mocno.
- Naprawdę nie ma za co. Po to tu jestem. - odwzajemniłam uścisk.
Jeszcze chwilę tak staliśmy wtuleni w siebie, kiedy Louis odsunął się i spojrzał mi w oczy.
Spojrzał Ci w oczy tymi swoimi zniewalającymi, zielono - niebieskimi tęczówkami. 
Chwila moment...co to było?
- Jenna?
- T-tak? - znów się przy nim zająknęłam.
- Mam jeszcze parę dni wolnego i teraz gdy nie ma Charlie...tak sobie myślałem...może dasz się zaprosić na kolację? - przymrużył oczy ze zdenerwowaniem
Co było cholernie słodkie.
Zamknij się.
Dotarło do mnie, że ten oto Louis Tomlinson właśnie zaprosił mnie na kolację. Rany.
Zgódź się. Zgódź się. Zgódź się!
- Um...okej. Z przyjemnością gdzieś wyskoczę. - odpowiedziałam na jego propozycję. Jego mięśnie się rozluźniły, a ja dopiero teraz dostrzegłam jego tatuaże, ponieważ wcześniej nosił przeważnie swetry. Miał ich mnóstwo. Ale dodawało mu to...
A więc zwróciłaś na to uwagę, hm?
Co do...?
Powiedz po prostu, że jest seksowny. 
Jest i to bardzo.
Chwila...
NIE!
- To świetnie. - widać, że mu ulżyło.
- Więc co proponujesz?
- Um...myślałem nad "Definition". - szczęka mi opadła. Dosłownie.
- Ale to jest najdroższa i najelegantsza restauracja w mieście. Nie stać mnie na okruszki z ich śmietnika. - zatrzepotałam rzęsami.
- Dlatego właśnie JA Cię tam zabieram i JA płacę za wszystko. - gdyby moja szczęka była z gumy, zbierałabym ją z podłogi.
- Ja - um - to- uh-jej - dobrze - jąkałam się, na co chłopak zaśmiał się głośno i odetchnął trochę tak jakby...nie dowierzając?
- Będę po Ciebie jutro o 19, tylko podaj mi adres. - podałam mu potrzebną informację, a kilka minut później wracałam już z wielkim uśmiechem na twarzy do domu. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam numer Ally.
- No witaj kocie! - przywitała mnie wesoło.
- Cześć myszo! - odpowiedziałam równie radośnie co ona.
- Uuu...co ty taka cała w skowronkach? - zapytała z takim czymś w głosie, że nie mogłam pohamować śmiechu.
- Ja? No co ty?
- Gadaj. JUŻ. - podkreśliła słowo "już"
- Louis zaprosił mnie jutro na kolację do Definition, ale to tylko przyjacielski wypad... - powiedziałam już spokojnie.
- Do Definition? I to dla Ciebie jest "przyjacielski wypad"? - zapytała z pretensją.
- No...tak. - spuściłam głowę na dół.
- O której ma po ciebie przyjechać?  - zapytała poważnie.
- Dziewiętnasta. - odpowiedziałam
- Będę jutro o piętnastej i idziemy na zakupy. Pa! - rozłączyła się zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
pokręciłam tylko z rozbawieniem głową i ruszyłam dalej przed siebie. Bo była godzina szesnasta, więc resztę drogi do domu spędziłam na zastanowieniu się co będę robić przez resztę dnia, po czym zdecydowałam się na oglądanie nudnych filmów na kanapie, zajadając się popcornem.






___________________________________________________________
                                                                No witam! :D
No cóż...zacznę od tego, że po ostatnim rozdziałem był jedynie 1 komentarz, a ja prosiłam chociaż o 2 :(
Zrobicie to dla mnie i będzie chociaż 2 komentarze? Proszę. Staram się przy pisaniu tego opowiadania najlepiej jak potrafię i nie wiem czy moja praca się dla kogoś liczy :(
Przy okazji, mam pytanie do Was. Chcecie, aby pod każdym rozdziałem pojawiały się tak ze dwa gify jak pod tym?
PS Nowe rozdziały będą pojawiać się w niedziele :)))
ILY <3

środa, 23 lipca 2014

Rozdział 2

Obudziłam się z bólem głowy. To oczywiście sprawka tego ostatniego stresu. Najchętniej przeleżałabym cały dzień w łóżku, ale niestety na zegarku widnieje godzina 9:00, co oznacza, że za godzinę mam być już w nowej pracy. Zwlekłam się z trudnością z posłania, biorą do ręki szlafrok i owijając się nim wyszłam z pokoju. Głowa pulsowała niemiłosiernie mocno, ale nie zawale już pierwszego dnia. Schodząc po schodach, dało się zauważyć, że nie ma nikogo w domu, ponieważ nikt nie krzątał się w kuchni. Mama pewnie znów pojechała wcześniej do galerii. Nie mając ochoty na wielkie śniadanie, zjadłam jedynie serek waniliowy, popijając ciepłą kawą. Stwierdziłam, że muszę również połknąć jakąś tabletkę, bo ból nie ustawał, a ja nie miała zamiaru słaniać się po podłodze w domu Louisa. Wolnym krokiem ruszyłam w stronę pokoju, aby przyszykować się do wyjścia.
                                                                                ***
Dochodziłam do tej samej, srebrnej furtki co poprzedniego dnia. Świerze powietrze i tabletki podziałały, dzięki czemu czuję się lepiej, lecz nadal kręci mi się czasami w głowie. Zadzwoniłam domofonem, oznajmiając, iż przybyłam do pracy. Po chwili szłam już dróżką przez ogród. Nie musiałam długo czekać, żeby drzwi się otwarły, a w nich stanął Tomlinson. Wymieniliśmy się uśmiechami, rzucając krótkie "Cześć".
Zostawiłam buty w korytarzu, i przeszłam do salonu, gdzie bawiła się mała Charlie. Kiedy tylko mnie zobaczyła od razu podbiegła do mnie i przytuliła się do mojej łydki.
- Witaj skarbie! - przywitałam się radośnie, biorąc dziewczynkę na ręce i obracając wokół własnej osi.
- Ciocia psysła! - zaklaskała w dłonie.
Louis zaśmiał się cicho, po czym poszedł na górę. Usiadłam z córką mojego nowego szefa na podłodze i zaczęłyśmy się wspólnie bawić lalkami. Nagle Louis zszedł na dół i uśmiechnął się do mnie co odwzajemniłam.
- Chcesz się czegoś napić? - zapytał kierując się w stronę kuchni.
- Właściwie tak, proszę. Mam straszne zawroty głowy od rana. Wody jakbyś mógł. - wstałam, przepraszając na chwilę Charlie. Udałam się za nim.
- Dziękuję. - uniosłam kąciki ust ku górze i odebrałam kubek z wodą. Kiedy wypiłam ciecz, umyłam po sobie kubek i podałam mężczyźnie, który schował go do szafki.
Zauważyłam, że na stole stoją nie umyte naczynia, więc postanowiłam się nimi zająć.Wstawiłam je do umywalki i odkręciłam ciepłą wodę.
- Nie musisz... - odwrócił się do mnie
- Spokojnie - uśmiechnęłam się do niego. Chciałam podejść po nową gąbkę, bo ta była już bardzo zniszczona, ale oczywiście nie zwróciłam uwagi na jedną z zabawek na ziemi i się potknęłam. Pech chciał, że wleciałam prosto w ramiona Tomlinsona, który stał blisko, chcąc przekonać mnie, abym nie zmywała. Dłonie miałam na jego barkach, a reszta ciała opierała się o niego. Patrzyliśmy sobie w oczy, ale zdecydowanie to on miał te ładniejsze.
- P-Przepraszam. Niezdara ze mnie. - ocknęłam się i oddaliłam od chłopaka, spuszczając głowę w dół i wznowiłam poszukiwania  gąbki.
- Nie, przecież nic się nie stało - podrapał się po karku i chwycił teczkę w dłonie.
 - Masz bardzo ładne oczy... - wymsknęło mi się.
- Dziękuję, ty też - spojrzał na mnie, a moje policzki powoli piekły.
Gdy zmywałam naczynia, spostrzegłam, że Louis stoi za mną i obserwuje co robię, Kiedy skończyłam, wytarłam ręce i odwróciłam się idąc powoli do salonu, w którym wciąż bawiła się mała.
Zaraz za mną wyszedł Tomlinson.
- To ja się zbieram. Będę miedzy 19 a 20. Może być? - spojrzał na mnie wyczekująco
- Tak, jasne. Oczywiście - zaczęłam się jąkać i kiwać głową.
Lou zachichotał.
- Spokojnie, nie dnerwuj się. - podszedł  o złapał mnie za ramię. Aż przeszły mnie ciarki. - Zbieram się. Do zobaczenia Jenn. - nazwał mnie zdrobniale, jeju. Dlaczego się tym przejmuję? - Pa Charlie, słonko. - pomachał jej na do widzenia, a po chwili opuścił dom.
- No to zostałyśmy same... - usiadła koło dziewczynki na dywanie i pogłaskałam po cienkich włoskach.
- Pobawimy się w domek? - uniosła na mnie swoje oczka. Miała je po Louisie.
Pierwszy dzień zleciał mi bardzo szybko. Zanim się obejrzałam, Charlie smacznie spała, a ja z nudów zaczęłam sprzątać. Zawsze to robię, gdy się nudzę. Tak wiem, dziwne...
W salonie pościerałam kurze, pozamiatałam i umyłam podłogę, a w kuchni wypucowałam wszystko co do małego szkiełka. Zajęło mi to sporo czasu, ale efekt świetny. Spojrzałam na zegarek. Wybiła 19:30. Jak na zawołanie usłyszałam klucze w zamku. Upewniłam się, że jest to Tomlinson i zostałam w holu, aby się przywitać i ostrzec, iż jego córka śpi.
- Tylko mi nie mów, że sprzątałaś...- rozglądał się dosłownie wszędzie.
- Nudziło mi się kiedy Charlie zasnęła, więc posprzątałam trochę. W kuchni też. - uprzedziłam go, ale zdążył już tam wejść. Stanął nagle w miejscu, po czym odwrócił się do mnie.
- Jesteś niesamowita. Widzę, że jednak dobrze zrobiłem.
- Nie przesadzaj, to tylko...- odezwałam się
- Tylko? Wysprzątałaś na błysk dwa pomieszczenia nieprzeciętnej wielkości. - obydwoje się zaśmialiśmy.
- To ja się chyba zbieram. - zakołysałam się na piętach, trzymając ręce z tyłu.
- Jeszcze raz dziękuję za wszystko. - zatrzymał mnie przy wyjściu i przytulił. Wiem, że tego potrzebował.
Pożegnałam się i ruszyłam do domu.
                                                                      ***
- I jak pierwszy dzień kochanie?! - usłyszałam głos mamy dobiegający oczywiście z kuchni.
- Bardzo fajnie! - odkrzyknęłam radośnie.
- To się cieszę - wyszła z ów miejsca, ocierając ręce szmatką.
- A jak w galerii? - i tak potoczyła się dalsza część wieczoru. Spędziłyśmy ją na obgadywaniu różnych spraw. Jutro następny dzień roboty przede mną, więc po gawędzie, udałam się do łazienki, a z łazienki do łóżka.

_______________________________________________________________
HEEEEJ! :)))
No więc na początek. Przepraszam za krótki rozdział, ale piszę go o 24, bo napisałam wcześniej, ale oczywko genialna ja coś poklikałam i się cały usunął :_____:
A więęęęc...piszcie czy się Wam podoba :) Wasze komentarze bardzo mi pomagają, bo wiem, że ktoś to czyta. Umówmy sie, że 2 komentarze = Next :)
ILY xx.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 1

Siedziałam kanapie i oglądałam jakieś nudne seriale, czekając wciąż na telefon. Minęły dopiero 2 dni, a ja czuję się jakby minęła wieczność! Dostałam tę pracę? A może nie? Cały czas zaprzątałam sobie ty myśli.
- Chcesz trochę sałatki? - usłyszałam głos mamy, która wyszła z kuchni trzymając w ręku miskę z zaproponowanym specjałem.
- Nie, dziękuję. Jak myślisz, przyjmie mnie? - zapytałam dosłownie jak niewinna 5 - latka swoją mamę.
- Kochanie, nawet nie jeśli nie...nie będę zła. To ty chcesz iść do pracy. Nie musisz tego robić słonko. - usiadła koło mnie i ucałowała lekko w czoło.
- Ale ja chcę. Chcę Ci pomóc. - mówiłam dalej te same słowa, co przy pierwszej naszej rozmowie.
- Doceniam to. Nawet nie wiesz jak bardzo. - głaskała moje włosy przez chwilę, po czym znów wróciła do kuchni.
Jestem strasznie zmęczona, ponieważ przez te 2 dni nie zmrużyłam oka. Pójdę się trochę zdrzemnąć. Nie dałam nawet rady wejść na górę, więc postanowiłam, że położę się na kanapie. Nawet nie wiem kiedy udało mi się zasnąć.

                                                                      ~~Bonnie~~
To wszystko co wydarzyło się w ciągu tego niecałego tygodnia, zniszczyły mnie emocjonalnie. Zostałam samotną matką z jedną, marną, niezbyt dobrze płatną  pracą. Z dnia na dzień. Nie wybaczę Andrew tego co zrobił. Okłamywał mnie przez 3 lata. 3 lata oszustw. To niewiarygodne. Byliśmy tak zgodnym i kochającym się małżeństwem. A teraz? Teraz to wszystko przepadło. Najgorsze jest to, że moje dziecko, moje 17 - letnie dziecko chce iść do pracy. To ja mam za zadanie nas utrzymywać, a nie ona. Cholernie źle się z tym czuję. Ale nie powstrzymam jej, bo wiem, że potrzebujemy tych pieniędzy. Kocham ją tak bardzo. Nie chcę, żeby ona również straciła kontakt z ojcem. Nie na to pracowaliśmy te 17 lat. Jaka ja byłam głupia, żeby się nie domyśleć!
Kiedy wyszła jeszcze po raz kolejny z kuchni, aby zapytać się czy na pewno nie chce niczego zjeść, ujrzałam Jennę śpiącą na kanapie. Mówiła mi, że nie spała te 2 dni, bo myślała o tej pracy. To wszystko moja wina....
Wzięłam koc z jej pokoju i przykryłam ją do bioder. Pocałowałam ją delikatnie we włosy i przejechałam dłonią po jej barku. Wyłączyłam telewizor i znowu wróciłam do kuchni.

                                                                       ~~Jenna~~
Obudził mnie znany mi dzwonek telefonu. Wiedząc kto to może być, zerwałam się z kanapy i podbiegłam do stolika stojącego obok telewizora. Nie myliłam się. Osobą, która dzwoni była Ally. Pośpiesznie przejechałam kciukiem po zielonej słuchawce na moim Iphonie i przyłożyłam słuchawkę do ucha.
- Halo? - odezwałam się, chociaż wiedziałam kto stoi po drugiej stronie.
- Masz tę robotę! Masz te robotę! - usłyszałam wesoły krzyk mojej przyjaciółki, a zaraz po tym oby dwie zaczęłyśmy piszczeć i cieszyć się. Dziwne, że nikomu to nie przeszkadzało o szóstej nad ranem.
- Słuchaj, podam Ci adres Louisa i parę informacji, ok? - poinformowała Al spokojniejszym głosem.
- Jasne - wypuściłam powietrze z płuc i wzięłam najbliżej leżącą kartkę z długopisem.
Gdy Styles dyktowała mi potrzebne informacje, usłyszałam kroki na schodach. Odwróciłam się i zobaczyłam zdziwioną mamę. Uśmiechnęłam się do niej szeroko, dając znać z kim rozmawiam i co się stało. Od razu domyśliła się o co chodzi i pokazała dwa kciuki w górę, razem z równie szerokim bananem na twarzy.
- No więc słuchaj. Jego żona umarła całkiem niedawno. W tamtym miesiącu. Został sam z 4 - letnią córką o imieniu Charlie. Do opieki nad dzieckiem zatrudniał wiele nianiek ale żadna mu nie odpowiadała. Ponoć jest bardzo ostry co do ludzi. Wie kiedy coś mu w nich nie pasuje. - Trochę przestraszyłam się, że nowy szef może mnie nie zaakceptować  i skończę jak te poprzednie opiekunki, ale ja uwielbiam dzieci takie jak Charlie i myślę, że mam z nimi dobry kontakt. - Resztę sobie z nim ugadasz. Masz się stawić dziś o szesnastej.
- Jasne, podziękuj jeszcze raz Harry'emu! - upomniałam się podekscytowana i gdy się pożegnałyśmy, błyskawicznie pojawiła się myśl. W co się ubiorę? W dosłownie trzy sekundy znalazłam się w swoim pokoju i zaczęłam przeszukiwać szafy. Nic. Zupełna pustka. Jedyny odświętny strój to zestaw na apele szkolne.
Załamana usiadłam na łóżko, lecz moja samotność nie trwała długo. Do pokoju weszła mama, która najpierw spojrzała na bałagan spowodowany moimi poszukiwaniami, a później na mnie. Zajęła miejsce koło mnie i objęła ramieniem.
- Coś nie tak? - zapytała troskliwie patrząc na mnie.
- Nie...znaczy tak. Nie wiem w co mam się ubrać. W sensie...mam sama ciuchy, w których chodzę na co dzień. Nic galowego.
- Ależ kochanie! to nic! - zwlekła się z łóżka i uklękła przede mną, chwytając moje kolana. - Ubierz się i zachowuj normalnie. Po prostu bądź sobą! To najlepsze rozwiązanie.
- Ale podobno on jest bardzo wybredny co do opiekunki jego córki. Nie chcę wyjść na...
- Uwierz mi, że Cię polubi. Tak samo jego córka. Bądź tylko sobą i nikogo nie udawaj.
- Dziękuję mamo. - przytuliłyśmy się, a ja już wiedziałam co zrobię. Będę sobą i jeśli mnie nie zaakceptuje taką, jaką jestem...znajdę pracę w spożywczym.
- Zrobię Ci śniadanie. - oznajmiła i wyszła.
Postanowiłam ubrać się w czarne rurki, bokserkę i uczesać się w wysoką kitkę.
Kiedy uznałam, że wyglądam znośnie, udałam się do jadalni, w której czekało na mnie śniadanie.
Po zakończeniu jedzenia, wstawiłam naczynia do zmywarki i spojrzałam na zegar. Wybiła równa ósma. Dopiero.

                                                                           ***
Kiedy dotarłam na miejsce, sprawdziłam po raz setny czy dobrze trafiłam i gdy widniała dokładnie szesnasta, zadzwoniłam domofonem. Bez żadnego słowa, furtka została otwarta, a ja weszłam na ogromną posesję z niesamowicie szybko bijącym sercem. Stanęłam przed drzwiami, które jak na zawołanie otworzyły się, a po drugiej stronie stanął brunet z lekkim zarostem o głębokich, błękitnych oczach, w których dosłownie można było utonąć. Nasze spojrzenia się spotkały, prze co staliśmy chwilę w ciszy.
-Dz-Dzień Dobry. Ja do pana L... - jąkałam się miedzy wyrazami, aż w końcu chłopak przejął głos.
- We własnej osobie. - przerwał i delikatnie jego kąciki ust uniosły się ku górze. - Zapraszam panno Rooney. - Znał już moje nazwisko. WoW.
Szczerze mówiąc, myślałam, że mój nowy pracodawca będzie starszy i...jakby to powiedzieć...nie tak bardzo przystojny? Stop.
Weszłam do środka i zdjęłam moje czarne vansy, które chwilę potem ułożyłam starannie w kącie holu.
Przeszliśmy do salonu. Ogromnego salonu.
- Usiądź proszę. -wskazał ręką na fotel na przeciwko drugiego, na którym sam spoczął.
- Bardzo ładnie pan mieszka - przyznałam trochę nieśmiało, lecz powiedziałam prawdę. Ma śliczne mieszkanie, chociaż nie widziałam pewnie połowy jego domu.
- Jestem Louis. Louis Tomlinson. Mów mi po prostu Louis albo Lou. - wyciągnął rękę, a ja z zaskoczenia otworzyłam trochę szerzej oczy. Czyli mam mu mówić po imieniu? Szybko.
- Um...Jenna Rooney. Ale to już chyba pan...chyba już to wiesz. - poprawiłam się.
- Dobrze, a więc przejdźmy do spraw. - zaczyna się poważnie. - Lubisz dzieci? - dziwne pytanie.
- Oh, oczywiście! Kocham dzieci i uwielbiam się nimi zajmować! Chodzić na spacery, bawić się z nimi, usypiać je... - rozgadałam się zapominając, że rozmawiam z bardzo "wybrednym" ojcem.
Usłyszałam cichy chichot, co przywróciło mnie do rzeczywistości.
- P-Przepraszam rozgadałam się. - spuściłam głowę i przyciszyłam głos.
- Jeszcze nigdy nie spotkałem tak rozgadanej dziewczyny. Zawsze gdy pytałem się poprzednich opiekunek czy lubią dzieci, dawały mi krótkie odpowiedzi typy "Owszem" "Jasne" "Naturalnie", a potem okazywało się, że sobie nie radzą.
- No cóż...trzeba mieć podejście do dzieci i rozumieć je mimo wieku. troszczyć się o nie. - znów tak jakby odpłynęłam.
Nagle naszą rozmowę przerwał płacz. Jak się domyśliłam, był to płacz dziecka.
- Przepraszam na moment. - I zostałam po chwili sama. Jednak co mnie zdziwiło to to, że płacz nie ustawał.
Wiem, że to co zrobiłam było wścibskie, ale nie znoszę gdy jakieś dziecko jest smutne czy płacze.
Pobiegłam na górę i znalazłam pokój ,w którym Louis próbował uspokoić swoją córeczkę. Musze przyznać, że była na prawdę słodka. Odziedziczyła po tacie. Stop po raz drugi.
- Mogę? - zapytałam chcąc jakoś pomóc.
Tomlinson niepewnie przekazał mi na ręce dziewczynkę i złapał się za głowę.
- Już ciii...- szeptałam spokojnie na jej ucho i kołysałam ją lekko, gdy ta zaczęła się uspokajać.
Po paru minutach płacz ustał, a Charlie - bo chyba tak miała na imię - zaczęła się śmiać, co było wynikiem moich łaskotek.
- To niesamowite...- usłyszałam głos ojca. - tak szybko uspokajała się tylko przy...
Nie dokończył, ale ja wiedziałam co chciał powiedzieć. Teraz odezwała się dziewczynka.
- Tatusiu, cy to nowa ciocia? - zapytała mała.
- Tak, skarbie. To ciocia Jenna. - pogłaskał ją po włosach i uśmiechnął się do mnie.
- Jeeeej! Kocham Cię ciociu! - zrobiło mi się ciepło na sercu gdy usłyszałam te słowa.
- Czyli mam tę pracę? - zapytałam radośnie.
- Jak widać - pokiwał głową w naszą stronę. Zapomniałam, że ciągle mam ją na rękach. Mała zeszła na ziemię i zaczęła bawić się zabawkami, gdy Louis poprosił mnie, abym zeszła z nim na dół.
- Jenna... - zaczął - jeszcze żadnej opiekunce nie udało jej się tak szybko zaprzyjaźnić z Charlie. Podziwiam Cię. - uśmiech wtargnął na moje usta. - Ale nie to chcę Ci powiedzieć. Słuchaj...pewnie wiesz, że moja żona zmarła. Kochałem ją nad życie i teraz serio ciężko mi się pozbierać. Nie radzę sobie z Charlie. - przyznał ze smutkiem. - Proszę, zajmuj się nią najlepiej jak potrafisz. Chcę, żeby była szczęśliwa. Liczę na Ciebie. Jeśli chodzi o pieniądze...dam Ci tyle na ile zasłużysz. A wiem, że zasłużysz bardzo. Wiem to...widziałem co przed chwilą się stało. - wstał z miejsca
- Nie zawiodę Cię Louis. - potwierdziłam jego słowa, również wstając i nieświadoma tego co robię, przytuliłam go. To co mnie zdziwiło to to, że nie odepchnął mnie, a przyciągnął bliżej.
- Muszę już iść. Od kiedy mam zacząć? - zapytałam z lekkim uśmiechem.
- Bądź jutro o 10. - odwzajemnił uśmiech i odprowadził mnie do drzwi.

                                                       Teraz nie mogę zawieść już dwóch osób...

__________________________________________________________________________
                                                                        Hejka!
Pierwszy rozdział dodałam zaraz po prologu, żebyście długo nie czekali (piszę tak jakby ktoś to czytał pfff) A teraz chciałabym wiedzieć kto czyta mojego bloga :) Mogę liczyć na jakieś komentarze? Dajcie znać zwykłą kropką, albo literką, że czytacie i jest sens pisać. Nie wiem czy mam pisać dalej....
Pozdrawiam! xx.

niedziela, 20 lipca 2014

Prolog

Nieustające krzyki i szlochanie oraz błaganie można było usłyszeć z salonu. Ta nienawiść w głosie mojej matki była przeze mnie rozumiana. Kto był tego wszystkiego sprawcą?
                                                                    Tata.
Dowiedziała się właśnie, że zdradzał ją przez wiele lat. Powiedział jej to dopiero teraz. Po tym wszystkim. Mówił jej, że ma nadgodziny, zostaje dłużej. Musi jeszcze coś załatwić. Ma spotkanie służbowe. A w tym czasie był z nią. 
Ja też dowiedziałam się dzisiaj. Byłam przy tym kiedy to powiedział. Wchodziłam akurat do kuchni. Potem poszłam do pokoju na prośbę rodzicielki. Tata "tłumaczy" się już 2 godziny. Nieźle.

Wyszedł. Nie ma go. Mama płacze. Wkraczam do akcji.

- Mamo? - zapytałam cicho, schodząc po schodach.
- Tak córeczko? - szybko wstała z kanapy i otarła łzy.
- Mamo, nie musisz się powstrzymywać. Przecież wiem co się stało. Nie wybaczę mu tego... - podeszłam bliżej i przytuliłam ją.
- Ja też, skarbie. Ja też...- wtuliła się we mnie i znów zaczęła szlochać.

Jak on mógł?

                                                                      ***
- Kochanie...błagam. Daj mi jeszcze szansę! - ostatnie słowa mojego ojca były pełne żalu i być może prawdziwej skruchy. Dzisiaj się wyprowadza.
- Wynocha! I to już! Poradzimy sobie bez Ciebie! - mama krzyknęła na niego z wściekłością.
Ale co my teraz zrobimy? Mamy żyć z jednej wypłaty? W prawdzie to tata był "biznesmenem" w rodzinnie.
Muszę jej jakoś pomóc. Wesprzeć. Muszę znaleźć pracę. Dobrze płatną, ale też taka, która będzie mi odpowiadać.

                                                          Mamo...pomogę Ci. Obiecuję.

              ~Następny dzień~
- Szukam przyzwoitych ofert od momentu kiedy tylko ojciec wyszedł. I co? I nic. - powiedziałam zaspanym głosem do swojej przyjaciółki.
- Serio ją zdradzał? - rzekła zciszonym głosem Ally. Ona wie jako jedyna. Tylko jej ufam. Z resztą, nie mam nikogo oprócz niej...
- Taa...zwykły śmieć. - to dziwne mówić tak o własnym ojcu. Ale szczerze na to zasłużył.
Kolejny raz tego dnia mocno mnie przytuliła, co na prawdę bardzo mi pomagało. Po chwili udałyśmy się ze szkolnego ogrodu do pizzeri, w której pracuje brat Ally, Harry.
- Siemanko panienki - podszedł do naszego stolika z szerokim uśmiechem. Jak zawsze. Wiecznie szczęśliwy Hazza Styles. - Co Wam podać? Dzisiaj polecamy...
- Coś nie drogiego....nie chce wydawać dużo kasy. - przerwałam mu na co się trochę zdziwił.
- Zapłacę za ciebie Jenn. - zwróciła się do mnie po czym zamówiła pizze i dwie cole.
- Dzięki... - uśmiechnęłam się do kumpeli. Było mi głupio, że płaciła za mnie.
- Krucho z pieniędzmi? - zapytał Styles zapisując nasze życzenie.
- Można powiedzieć. Wiesz może czy ktoś szuka pracowników?
- Mój kumpel szuka opiekunki. Niedawni zmarła jego żona i nie ma z kim zostawiać córki, gdy wychodzi do pracy. Dobrze płatna robota. Co ty na to?
Ten chłopak chyba spadł mi z nieba! - Jej! Mógłbyś mi to załatwić? - od razu się rozpogodziłam.
- Luz - pokiwał twierdząco głową.
- Dziękuję! Uratowałeś mi tyłek! - niekontrolowanie wstałam z miejsca i rzuciłan u się na szyję. Chłopak zaśmiał się i odwzajemnił uścisk.
- Dziękować to ty będziesz Louisowi. - a więc nazywa się Louis.
- Styles! Jeśli chcesz się obściskiwać to zrób to później! Wracaj do pracy! - głos szefa Harry'ego dotarł do nas z kuchni na co szybko się od siebie odsunęliśmy a ja przeprosiłam i usiadłam na miejsce.
Po zjedzeniu posiłka wyszłyśmy z lokalu i każda z nas poszła w swoją stronę. Dalej niesamowicie cieszyłam się z wiadomości, że prawdopodobie dostanę świetną pracę. Czas pokaże. Pozostaje czekać na telefon od Harry'ego lub Ally.
-----------------------------------------------------
                    WITAM!
No to prolog za mną! Nie wyszedł najlepiej, wiem. Za błędy też przrpraszam, ale pisałam na telefonie :) Liczę na komentarze, które serio bardzo motuwują! Więc jeśli czytasz - skomentuj! Pozdrawiam misie i udanych wakacji xx.