środa, 24 września 2014

Rozdział 7

Siedziałam na łóżeczku Charlie, podczas gdy ta bawiła się domkiem dla lalek. Łokcie miałam oparte na kolanach, a zaciśnięte w pięści dłonie na obu policzkach. Mała była zajęta swoimi rzeczami i nie potrzebowała na razie mojej pomocy, więc znów się zamyśliłam. Muszę koniecznie wyjaśnić tę sprawę z oskarżeniem mojej mamy. Nie pozwolę, aby niesprawiedliwie straciła pracę lub -co gorsza- poszła do więzienia.
Kto to zrobił?
Dlaczego?
Po co?
Dla kogo?

Jak?
Te pytania wciąż plątały mi się w głowie, a ja zawzięcie nie mogłam znaleźć rozwiązania. Czemu ktoś miałaby wrabiać uczciwą kobietę? Moją mamę.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos dziewczynki.
- Ciociuu, mogem kakałko? - jej czka zabłyszczały.
- Pewnie, skarbie. Chodź ze mną na dół to zrobimy Ci kakałko - uśmiechnęłam się.
Wzięłam Charlie na ręce, żeby nie przedłużać schodzenia po schodach i ukierunkowałam nas do kuchni. Posadziłam dziewczynkę w krzesełku dla dzieci, a sama wzięłam się za robienie jej zachcianki.
- Tatuś ostatnio mówił ze psypominas mu mamusie - rozmarzyła się, a ja tylko zastygłam w miejscu.
Naprawdę mu ją przypominam? Wyglądamy zupełnie inaczej. - Mówił ze ona była taka sama! Miła, nieśmiała i drobna. - Jak te dziecko może tyle zapamiętać? Ma 4 latka, a pamięć słonia.
- To bardzo sympatyczne z jego strony. - powiedziałam.
- Skoda ze nie znałam mojej mamy. - zrobiła smutną minkę co spowodowało, że coś zakuło mnie w sercu. - Ale teras ty jesteś mojom mamusiom! - Jej słowa niesamowicie ocieplały moją duszę. Czułam się dzięki tej małej osóbce...wyjątkowo. Jest taka maleńka, a jednak sprawia, że często się uśmiecham. Chcę mieć taką w przyszłości.
Naprawdę uważała mnie za swoją mamę?
Nie, ona pewnie nie zna jeszcze dobrze znaczenia tego słowa. Jest przecież dzieckiem. Nie rozumie.
Posmutniałam trochę, ale cóż. Muszę się do tego przyzwyczaić.
Prawie spaliłam mleko, lecz w ostatniej chwili zdążyłam wyłączyć gaz. Moment później, Charlie już piła swoje upragnione kakao. Wypiła je tak łapczywie, że dostała czkawki, co oznaczało kolejną dawkę wody, aby ją  uspokoić. W tle grało radio, a gdy myślała, że nie patrzę, mała Tomlinson tańczyła w rytm muzyki
Nie zdziwiłam się, gdy zaczęła ziewać. Była godzina 16:30, czyli czas na drzemkę.

                                                                      *LOUIS*
- Jak Wam idzie? - spytałem Zayna i Liama pracujących przy nawigacji.
- Sygnał się polepszył, ale ciągle trudno coś wyszukać. - odpowiedział zmieszany Liam, na co pokiwałem zawiedziony głową. Stałem tam jeszcze chwilę z kubkiem czwartej dziś już kawy w ręce, zanim nie zostałem zawołany do gabinetu przez Nialla. Harry'ego dzisiaj nie było, bo pojechał z siostrą i rodzicami nad jakieś jezioro czy coś. Wszystko dziś szło powoli. Miałem wrócić wcześniej, ale jak widać nic z tego nie wyjdzie. Cholera...
- Co jest? - zapytałem wchodząc przez karmazynowe drzwi.
- Liam i Zayn coś znaleźli? - zapytał Niall kręcąc się na krześle.
- Nie. - odpowiedziałem oschle, czego nie zamierzałem.
- A ja owszem. - coś zawirowało we mnie na te słowa. Musiałem wyglądać jak paralityk, bo Horan zaśmiał się cicho. - Namierzyłem sygnał z GPS-a w samochodzie Chrisa.
- Stary, jesteś niezawodny. - poklepałem go radośnie po plecach. Uśmiechnęliśmy się do siebie, później wołając Zayna i Liama. Kiedy byliśmy już wszyscy razem, postanowiliśmy ułożyć plan działania. Postanowiliśmy, że jeśli sygnał z GPS jutro dalej będzie aktywny, wybierzemy się do miejsca pobytu White'a, a dokładniej Liverpoolu. Na razie wiemy tylko tyle. Wszystko zależy od naszego sprzętu i Nialla.
Kiedy wszystko ustaliliśmy było grubo po dziewiętnastej, a to znaczy, że nie wrócę na umówioną godzinę do domu. Wsiadłem do mojego BMW i ruszyłem z podjazdu mojego przyjaciela o blond włosach.
Podczas jazdy myślałem tylko czy z Charlie wszystko dobrze i czy Jenna nie jest zła. Nawet pomimo późnej godziny musi mi wytłumaczyć dlaczego tak dziwnie się dzisiaj zachowywała. Można mówić, że to nie należy do moich obowiązków, ale nie chcę, żeby czuła się przy mnie źle. Powiedziałem jej o wszystkim co we mnie siedziało i co do tego czasu wiedzieli tylko Zayn, Liam, Niall i Harry. Zamyślenie przerwał mi dźwięk przychodzącej wiadomości. Wyjąłem komórkę z trudem z tylnej kieszeni moich spodni z myślą, iż nadawcą jest Jenn. Pomyliłem się.
 
To chyba sen. Nie. Nie, nie, nie! To nie może być prawda. To nie może być kurewska prawda! Ten sukinsyn nie może wrócić! Prawie spowodowałbym wypadek, gdyby nie klakson samochodu za mną. Kurczowo chwyciłem kierownicy i zacisnąłem na niej pięści. 
Co to ma znaczyć?
"Mam teraz nie tylko Twoją kasę". Znowu kogoś zabił za pieniądze? 
Wreszcie znalazłem się pod moim garażem. Wysiadłem z auta i nie fatygując się, aby wjechać do środka, zostawiłem go na podjeździe. Zanim wszedłem do domu, postanowiłem odpisać. Pieprzyć to.

                                                   
Nie chciałem, żeby cokolwiek wyglądało podejrzanie, więc otworzyłem drzwi i znalazłem się w holu.
- Już jestem, przepraszam za spóźnienie, ale mieliśmy małe problemy! - krzyknąłem. Cholera, mam nadzieję, że nie obudziłem Charlie. Zupełnie zapomniałem, że może już spać.
Sygnał wiadomości. Zobaczmy co tym razem wymyślił.
 
Jaką dziewczyną? 
Zaraz.
Jenna?
Wpatrywałem się w ekran z szeroko otwartymi oczami, dopóki nie usłyszałem głosu.
- Louis? Ciszej, Charlie śpi. - powiedziała szeptem Rooney, kładąc palec na ustach i patrząc w stronę schodów. - Długo nie umiała zasnąć. Chciała, żeby tatuś ją przytulił. 
Cholera. 
Cholera.
Kurwa.
- Przepraszam. - dziewczyna tylko westchnęła i poszła do salonu.
Zdjąłem buty i poszedłem jej śladami. Usiadłem koło niej na kanapie. 
- Słuchaj. Naprawdę przepraszam, ale...
- Nie przepraszaj mnie. Rozumiem, że masz dużo pracy. Ale tu chodzi też o Twoją córkę. Musisz czasami wziąć wolne. Spędzić z nią czas. Louis...
- Ja wiem. Ale...to wszystko mnie przerasta. - zakryłem twarz dłońmi. Świetnie, zamiast spytać co ją gnębi, to ona użala się nade mną. 
Poczułem, że zostaję mocną przytulony. Przyciągnąłem blondynkę bliżej, zaciągając się jej zapachem.
Stop.
Zachowuję się jak ciota.
Totalna ciota.
Szybko się odsunąłem i wypuściłem powietrze z płuc. 
- Wiesz co? Masz rację. Biorę urlop od jutra do soboty. Ale pod jednym warunkiem. - Powiedziałem stanowczo. Jenna zdziwiła się. - Spędzisz ten tydzień razem z nami. - uśmiechnąłem się, a po chwili otrzymałem odpowiedź. 
- To będzie zaszczyt. 
Jeszcze chwilę patrzeliśmy na siebie, dopóki nie zabrałem głosu.
- A więc...co Cię dzisiaj męczyło? Obiecałem Ci, że Cię nie wypuszczę jeżeli mi nie powiesz.
Westchnęła.
- Moja mama. - Zaczęła. - Moja mama została oskarżona o kradzież pieniędzy z sejfu. 
"Teraz mam nie tylko Twoją kasę"
"Pogadaj ze swoją dziewczyną" 
Teraz już wiem o co mu chodziło. 
Błagam, powiedzcie, że Chris nie ukradł tej kasy. Zostawiłby odciski.
- Co? A jakieś dowody? - zapytałem zdenerwowany.
- Mają jej odciski palców. - Na jej słowa zalała mnie fala nagłego gorąca. Ten kutas specjalizuje się w takich numerach. Kurwa mać!
Przeze mnie wrobił jej matkę!
- Jenna... - pokręciłem głową. Nie mogę jej powiedzieć. Nie teraz. - Tak mi przykro.
Nawet nie zauważyłem kiedy z jej oczu zaczęły spływać łzy. Natychmiast zamknąłem ją w ramionach.
- Jest późno. Czy- czy możesz odwieść mnie do domu? - spytała ocierając ciecz.
- Oczywiście.
Droga do mieszkania Jenny nie zajęła długo, ponieważ nie było to szalenie daleko. 
Przynajmniej nie autem.
- Odprowadzić Cię do drzwi? 
- Nie, poradzę sobie - uśmiechnęła się. - Louis...
- Tak?
- Dziękuję. Za wszystko. 


 

_________________________________________________
Siemaneczko!
Na początek chciałabym tylko napisać, że piszę ten rozdział specjalnie dla Was, ponieważ mam masę nauki, sprawdziany i w ogóle w cholerę dużo roboty, ale postanowiła dodać dzisiaj rozdział, więc proszę...poświęćcie się i zostawcie komentarz na znak, że szanujecie moją pracę ;_;
PS. Dziękuję każdemo kto zostawia komentarz <3 Kocham Was <3
A teraz przejdźmy do samego rozdziału. Nie wyszedł tak jak planowałam, ale ujdzie. Mam nadzieję, że się podoba :) Zdecydowanie od tego rozdziału zaczynają się "Lenna's moments" więc ohoho :D <3
Zacznie się też akcja.
No to co mogę jeszcze powiedzieć :D Do następnego miśki! xx.







poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział 6 2/2

   -Mamo! Wróciłam! - mój głos rozniósł się echem na cały dom. Nie otrzymując odpowiedzi, zmartwiona zdjęłam buty, płaszcz i ruszyłam przed siebie do salonu. Dzisiaj poniedziałek, co znaczy, że mama ma wolne i powinna być w domu. Kiedy zbliżyłam się do pokoju, mogłam usłyszeć coraz głośniejszy szloch. Szybko otworzyłam drzwi i ujrzałam mamę z zapłakanymi oczami leżącą na kanapie, a po całym pomieszczeniu porozwalane były rzeczy takie jak wazony, szklanki czy porcelana. Koło sofy walały się też zużyte chusteczki higieniczne. Natychmiast podbiegłam do rodzicielki, a w mojej głowie roiło się od powodów, dla których TO się stało.
- Jezu Chryste! Mamo, co się stało?! Ktoś Cię napadł, okradł? Co się tu stało?! - zadawałam pytanie za pytaniem, a jej wyraz twarzy wciąż się nie zmieniał. Był tak samo zamyślony jak przed chwilę, gdy weszłam. - Mamo, odpowiedz!
Poczekał jeszcze chwilę. W końcu postanowiłam załatwić to na spokojnie i usiadłam na skraju kremowego siedzenia. Zaczęłam głaskać mamę po włosach i przyglądałam się jej.
- Mamo...proszę Cię. Powiedz co się stało. - zmieniłam ton głosu na łagodniejszy niż wcześniej. Jednak tak też nie otrzymałam odpowiedzi. - Posłuchaj. Jeśli ktoś tu był by nas okraść i coś Ci zrobił, to pójdziemy na policję i zgłosimy to. Odzyskamy skradzione rzeczy, obiecuję. Mamy jeszcze trochę pieniędzy na prawnika. - kontynuowałam.
- Właśnie o to chodzi, że nie mamy. - moja opiekunka w końcu się odezwała.  Jak to nie mamy? - Nikt nas nie okradł. Wczoraj wezwali mnie do pracy, bo duża część pieniędzy z sejfu zniknęła i podejrzewają mnie o to, ponieważ wszyscy wiedzą, że mamy problemy finansowe. Myślą, że ukradłam te pieniądze, rozumiesz?! - Kobieta wybuchła płaczem chyba po raz setny z tego co mi się wydaje po jej wyjaśnieniu. Jestem okropnie oburzona. Przecież nie można od tak sobie zwalać winy na ludzi! Ugh! - Straciłam pracę, straciłam pieniądze, straciłam wszystko.
- Hola! Nie mają wystarczających dowodów na Ciebie! Muszą wszcząć jakieś śledztwo! - zaczęłam krzyczeć jak opętana. Najchętniej wykopałabym tego całego szefuńcia, który ma takie mądre stwierdzenie o sytuacji mojej mamy. Przecież kłopoty finansowe to nie dowód!
- Właśnie, że mają! M A J Ą! Wszędzie są moje odciski palców! - przybrałam pozycję siedzącą i dławiła się łzami. Opadłam bezsilna i totalnie zbita z tropu na koło niej.]
- A-ale jak? Przecież ty tego nie zrobiłaś? Prawda? - zapytałam z nutką niepokoju.
- Oczywiście, że nie! Sama nie mam pojęcia skąd one się tam wzięły! Nigdy w życiu tam nie bywałam!
- W takim razie, jak one się tam znalazły?! - wyrzuciłam ręce w górę.
- Nie mam pojęcia.

                                                                           ***
   Po dalszej rozmowie z mamą, trwającej prawie pół godziny, poszłam się przebrać do swojego pokoju. Wybrałam czarno-białe legginsy we wzorki i golf, dlatego, że na dworze jest coraz chłodniej z powodu kończącego się września i zaczynało boleć mnie gardło, a nie mam zamiaru znów być chora. Dobrałam do tego jeszcze mój ulubiony sweterek oraz botki. Mam już serdecznie dość obcasów. Włosy pozostawiłam spięte w wysoką kitkę. Zanim się obejrzałam, była już 12:15. Postanowiłam pojechać wcześniej i na spokojnie przywitać Charlie i jej babcię. Dziwne. Tej małej nie było tylko 2 dni, a ja czuję jakby nie było jej z tydzień. Strasznie zżyłam się z tą osóbką.
Pożegnałam się z dalej załamaną matką, wcześniej pytając czy na pewno mogę iść, chociaż nie miałam wyjścia Teraz to ja muszę nas utrzymać dopóki ta sprawa się nie wyjaśni. Chciałam się przejść, więc nie brałam samochodu, który oczywiście nie był mój tylko ojca. Zostawił mi go jako "przeprosiny". Pff.
   Całą drogę myślałam tylko nad jedną sprawą. Skąd na sejfie wzięły się odciski palców mojej mamy? Ktoś ją wrabia? A może faktycznie była tam, ale nie chce mi powiedzieć? Nie, nie, nie, nie! Wyrzuć to z głowy Jenn! Bonnie Grace Rooney nigdy nie ukradła by niczego. NICZEGO!

                                                                          ***
   Zadzwoniłam domofonem, który prawie natychmiastowo oddał mi dostęp do furtki. Kolejny raz przechodziłam pomiędzy lekko więdnącymi roślinami. Z dnia na dzień ich stan się pogarsza. Szkoda, bo wyglądają naprawdę pięknie. Drzwi były otwarte, dlatego nie musiałam pukać. Wolno weszłam do przedpokoju A.K.A holu.
- Witam - prawie od razu mogłam ujrzeć promieniującego radością Louisa. Nie powiem, widok jego uśmiechniętej twarzy jest zaraźliwy.
- Hej...-  Jednak teraz nie zbyt mi do śmiechu. Po tym, jak jego mina zrzedła na moją reakcję, zaczęła się seria pytań.
- Jenna? Coś się stało? - wyczułam troskę w jego głosie. Chwycił mój bark i leciutko po nim przejechał dłonią.
- N-nie. Ja...nie. - pokręciłam głową i wymusiłam uśmiech.
Po ściągnięciu butów wyminęłam go poszłam przygotować łóżeczko i wszystkie potrzebne inne rzeczy dla Charlie, która pewnie będzie zmęczona po podróży. Nie minęło 5 minut, kiedy usłyszał radosny krzyk dziewczynki i rozmowę Pani Tomlinson z jej synem. Stwierdziłam, iż nie będę niekulturalna i zejdę się przywitać.
Schodząc po schodach zauważyłam, że przerwała swoją opowieść jak to bardzo jej wnuczka uwielbia czekoladę, gdy mnie zobaczyła. Wydawało mi się, że patrzy na mnie z...niesmakiem? Coś mam na twarzy? Makijaż mi się rozmazał?
- Um...Dzień Dobry. Może mnie pani pamięta. Jestem Jenna Rooney, opiekunka Charlie. - wystawiłam przyjaźnie rękę do przodu. To co mnie zdziwiło to to, że kobieta przyjęła gest i potrząsnęła moją dłonią, lekko unosząc przy tym kąciki ust.
- Benita Tomlinson. Miło mi Cię poznać Jenno. - po naszym krótkim przywitaniu, z kuchni wybiegła Charlie ze słoikiem Nutelli w rączkach. Awww.
- Ciociaa! - upuściła szklany pojemnik, który na całe szczęście się nie strzaskał.
- Cześć kochanie! - przykucnęłam, aby przytulić się do dziewczynki. Ta chwyciła mnie za uszy (co mnie bawiło jak i troszkę bolało haha) i cmoknęła w policzek na co się uśmiechnęłam. Tym razem szczerze. Ona jest taka słodka. Miała na sobie różowy sweterek, opaskę na uszy, różowe, grube getry i świetne, dziecięce trampki.
W jedną dłoń chwyciłam jej, a w drugą słoik z czekoladowym ulubieńcem małej i podeszłam z powrotem do Pani Benity i Louisa.
   Po trwającej jeszcze zaledwie 10 minut gadce szmatce i pożegnaniu babci z Charlie, zostaliśmy znów we trójkę.
- Ja muszę powoli lecieć. Wrócę dzisiaj wcześniej i powiesz mi co się stało bo nie wypuszczę Cię stąd. Czy to jasne panno Rooney? - zakręcił zabawnie głową i popatrzał się na mnie spod lekkiego byka.
- Tak, panie Tomlinson. - nie mogłam powstrzymać śmiechu.
- I tak ma być. - ucałował swoją córkę, a później mnie w policzek.
To było dobre
Tak, wiem.
Nie! Znaczy Nie!
- No mała, to zostałyśmy same.
__________________________________________________________
Siemandero xD
No to tak, PRZEPRASZAM (ZNOWU XD) że rozdział nie pojawił się wcześniej, ale gdyż ponieważ 
szkoła mnie wykańcza i w ogóle jak tylko wracam to idę spać, wstaję i tak w kółko ugh. 
Aaaa więc :D Jak WY myślicie? Mama Jenn została wrobiona? A może faktycznie dokonała kradzieży? Shippujecie Lou i Jennę? :D Piszcie w komentarzach! Czekam! ILY xx.
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ